Informacja o kłopotach Muzeum Techniki niestety nie jest dla nas niczym nowym. Kilka dni temu okazało się, że placówce brakuje około 2 mln zł na opłacenie czynszu. W swoich sześciu oddziałach muzeum zatrudnia ludzi oddanych sprawie. Wielu z nich pracuje za najniższą krajową pensję. W swoich zbiorach ma około 11 tysięcy eksponatów. Co prawda wicedyrektor Piotr Zarzycki chwali się, że co roku Muzeum Techniki odwiedza 150 tysięcy osób, a podczas Nocy Muzeów ma największą frekwencję (8 tysięcy osób w 2006 roku), ale to niestety w żaden sposób nie wpływa na polepszenie sytuacji tej instytucji. Tym bardziej, że akurat podczas Nocy Muzeów zwiedzający wchodzą za darmo.
Muzeum Techniki nie otrzymało w tym roku, wynoszącej 4,8 mln zł, dotacji z Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Pieniądze z ministerstwa są głównym źródłem utrzymania tej placówki muzealnej. Wpływy z biletów i specjalnych lekcji muzealnych wystarczają na pokrycie zaledwie 20 procent potrzeb. Dodajmy, że dzięki ministerialnym dotacjom Muzeum działa od 2003 roku. W świetle tej informacji zastanawia fakt, że właściciel Muzeum Techniki, czyli Federacja Stowarzyszeń Naukowo-Technicznych NOT, przez dziewięć lat nie wpadł na pomysł, żeby pieniędzy szukać również gdzie indziej. Szefowie organizacji spoczęli na laurach, wychodząc z założenia, że pieniądze będą, bo… ministerstwo zawsze przyznawało dotacje.
Tak można zinterpretować słowa Ewy Mańkiewicz-Cudny, prezes federacji. Dodała też, że NOT nie przekazuje Muzeum ani złotówki, bo NOT jest organizacją społeczną, która nie ma pieniędzy. Co więcej, pani Mańkiewicz-Cudny mówi, że jeśli pieniądze się nie znajdą, to trzeba będzie zamknąć Muzeum Techniki i Warszawa stanie się jedyną europejską stolicą bez muzeum techniki. Na szczęście NOT ma pomysł, aby utworzyć spółkę z władzami miasta, ale uwierzymy jak zobaczymy.
W czasach, kiedy o istnieniu rozmaitych placówek decydują rynkowe zasady działania, groźby o zamknięciu muzeum wydają się śmieszne. Tym bardziej, że NOT jest największą polską organizacją inżynierską, która gromadzi wielu wybitnych specjalistów w różnych dziedzinach technicznych. Są to osoby, które mają kontakt nie tylko z ośrodkami naukowymi w Polsce i za granicą, ale również z różnymi firmami działającymi w szeroko rozumianej branży technicznej. Zresztą statut NOT dopuszcza gromadzenie funduszy z dochodów z własnej działalności, ale również między innymi z darowizn i zapisów oraz z dotacji celowych. Zamiast czekać na dotacje z ministerstwa, szefowie NOT-u powinni już dawno wyjść z okazałego gmachu przy ulicy Czackiego 3/5, skierować się do najbliższego kiosku i kupić kalendarz na bieżący rok oraz kilka aktualnych gazet codziennych. Może wtedy dowiedzieliby się, że mamy już XXI wiek i wszystkich placówek kulturalnych z państwowej kasy utrzymywać się nie da. O zaglądaniu do internetu nawet nie wspominamy.
Można było się spodziewać, że wcześniej czy później przyjdzie czas, w którym ministerstwo odmówi przyznania dotacji Muzeum Techniki. Jednak właściciele muzeum nie mieli żadnego planu B. Podpowiadamy: w dzisiejszych czasach nie jest wstydem szukanie pieniędzy u sponsorów. Wszystko jedno czy firm prywatnych, czy też instytucjonalnych – na przykład z funduszy europejskich. Takie przedsięwzięcie ma nawet ładną nazwę: biznesplan. Z dobrze przygotowanym, sensownym biznesplanem można wiele osiągnąć. Szkoda, że od 2003 roku nikt nie wpadł na taki pomysł. Przypuszczamy, że gdyby ministerstwo zobaczyło wysiłki NOT-u albo samego Muzeum Techniki, czynione w kierunku pozyskania pieniędzy z różnych źródeł, w tym roku przyznałoby dotację. Na pewno nie w takiej wysokości, jak dotychczas, ale konto muzeum na pewno nie świeciłoby pustkami.
Są przecież w Polsce różne placówki, które mogą działać i przynajmniej jak na razie nie muszą pisać petycji w swojej obronie, organizować pikiet i grozić zamknięciem swoich drzwi przed zwiedzającymi. Wystarczy przywołać przykłady Muzeum Techniki i Komunikacji ze Szczecina albo Muzeum Inżynierii Miejskiej w Krakowie. Działające w Warszawie Centrum Nauki Kopernik też ma się dobrze.
Propagowanie szeroko pojętej kultury technicznej jest u nas traktowane po macoszemu równiez przez urzędników. Wystarczy przytoczyć przykład oddziału MT – Muzeum Motoryzacji przy ulicy Filtrowej. Kiedy jednostka ta szukała miejsca na swoja siedzibę, rozesłała pisma do władz wszystkich stołecznych dzielnic. Otrzymała odpowiedź tylko od władz dzielnicy Ochota. Czy naprawdę jest tak, że dla urzędników najlepszymi kontrahentami są przysłowiowe już apteki i banki?
Ktoś gdzieś zawalił sprawę. Nie chodzi o to, aby szukać winnych, ale żeby zastanowić się nad sensem istnienia i sposobem działania. Niestety, bezpowrotnie minęły już czasy, kiedy muzeum kojarzyło się ze zbiorem zakurzonych eksponatów, po którym trzeba wędrować w filcowych papuciach, gdzie dotykanie eksponatów jest zabronione. Wystarczy złozyć wizytę w Sielpii Wielkiej, aby się przekonać, że nie jest różowo. W budynkach tamtejszej walcowni i pudlingarni zgromadzono maszyny, które niegdyś pracowały przy produkcji i obróbce metali. Niestety, możemy sobie tylko wyobrażać, jak taki zakład mógł funkcjonować. Jest tam również garaż z Polskim Fiatem 508 i Buickiem, które najprawdopodobniej są systematycznie rozkręcane przez zwiedzających. A przynajmniej tak to wygląda.
Można powiedzieć, że ceny biletów nie mogą być zbyt wysokie, bo w przeciwnym razie nikt nie przyjdzie oglądać eksponatów. Wszyscy wiemy, że tzw. przeciętny obywatel nad obcowanie z kulturą (w tym z kulturą techniczną) przedkłada zwiedzanie marketów, do których wstęp jest darmowy. Tam można nakupić kiełbasy, karkówki i piwa, którymi potem można się raczyć przez cały weekend. Taki, póki co, jest synonim dobrego wypoczynku w naszym kraju. Podejrzewamy jednak (może niesłusznie), że gdyby mimo wszystko zwiedzający musieli zapłacić nieco więcej, ale mieliby okazję zobaczyć nie tylko przeciętego na pół malucha (skądinąd bardzo ciekawy eksponat, ale już nieco opatrzony), lecz na przykład Ferrari albo Lancię Stratos, to chętniej odwiedzaliby muzea techniki albo motoryzacji. Doskonale rozumiemy, że gusty techniczne przeciętnego obywatela nie muszą sięgać niuansów w różnicach pomiędzy silnikami SV i OHV. Wystarczy im, że będą mogli zobaczyć czerwony sportowy bolid, który może rozwinąć prędkość 300 km/h. Wyjaśniamy, że takie samochody są w Polsce i uważamy, że przy odrobinie wysiłku i dobrej woli pokazanie takiego wozu na wystawie czasowej w dowolnym muzeum byłoby możliwe.
Zresztą bez Ferrari też się da, czego dobrym przykładem są wspomniane już muzea w Szczecinie i Krakowie. Wierzymy, że tego typu placówki mogą działać i nie muszą być zamykane. Trzeba tylko przestawić się na inny sposób myślenia. Że komercja? Że pieniądze? Nikt nie mówił, że będzie lekko. Może warto zatrudnić menadżera zamiast inżyniera? Może warto nawiązać współpracę z agencją reklamową? Może warto ożywić przynajmniej niektóre z eksponatów i raz na jakiś czas pokazać, że nie są tylko zestawem połączonych części i naprawdę działają? Przykładem wartym naśladowania może być parada parowozów, która odbywa się w Wolsztynie. Co roku ściąga tysiące miłośników poczciwych lokomotyw z całego świata.
Możemy podsunąć następujący pomysł: nawiązanie współpracy z firmami samochodowymi, aby pokazać ciągłość i tradycje danej marki samochodowej. Zestawienie obok siebie pojazdów sprzed kilkudziesięciu lat i współczesnych. To dobrze obrazuje rozwój motoryzacji i techniki w ogóle. A jeśli do tego dana marka ma swoje twarze w postaci celebrytów – sukces murowany. Można też spróbować pozyskać sponsorów (na przykład firmę z branży paliwowej) i raz na jakiś czas zorganizować coś w rodzaju parady po Warszawie, żeby muzeum wyszło do ludzi, skoro oni nie bardzo chcą przychodzić do muzeum. Uważamy, że dobry menadżer nie miałby kłopotów z rozruszaniem takiej placówki, zwłaszcza jeśli chodzi o pozyskiwanie funduszy. I proszę nie mówić, że się nie da, bo nawet Muzeum Narodowe w Warszawie ma swojego mecenasa w postaci prywatnej firmy, chociaż wydawać by się mogło, że tak prestiżowa instytucja propagująca kulturę powinna przynajmniej teoretycznie być utrzymywana przez państwo.
Jeśli sprawdzi się czarny scenariusz i Muzeum Techniki zostanie zamknięte, co stanie się z eksponatami? Czy wyjadą do Chlewisk i Sielpii, gdzie w spokoju będą dogorywać, aż staną się kupką złomu? Taki los spotkał na przykład piętrowy autobus Bussing, który zakłady MZK przekazały Muzeum Techniki w latach 80. Pojazd był wtedy sprawny technicznie. Dzisiaj, aby go przemieścić z miejsca na miejsce, niezbędna jest łopata. Nieoficjalnie doszły nas słuchy, że w razie likwidacji muzeum, pojazdy mogą zostać wyprzedane.
Wiemy, że doprowadzenie każdego pojazdu i urządzenia, niekoniecznie unikatowego, do stanu używalności wymaga przede wszystkim pieniędzy, zaraz potem pracy, poświęcenia własnego czasu i wiele serca oraz cierpliwości. Jednak nie jest to niemożliwe. Każdy z nas boryka się z takimi trudnościami. Tu nie da się działać w godzinach od-do. W przypadku tak dużej placówki jak Muzeum Techniki, niezbędne jest połączenie zasad marketingu z „włożeniem serca” w te stare gruchoty, które mogą dać wiele radości nie tylko miłośnikom zabytkowej motoryzacji, ale i zwiedzającym. Wiele wskazuje na to, że właśnie serca zabrakło zarządcom Muzeum Techniki.